Jestem w Ameryce

dnia

Jestem w Ameryce! Co chwile sobie to uswiadamiam i nastepuje wtedy kolejny wybuch endorfin. Pomimo skrajnego zmeczenia, usmiech nie schodzi mi z twarzy. 3 dni bez snu i jeszcze 8-godzinna zmiana czasu daja mi sie we znaki. Co prawda studenckie & krakowskie zycie i praca w barach i restauracjach wystarczajaco mnie zahartowaly, ale jednak trzeba czasem spac, stwierdzam (nawet jak jest sie studentem… i to w Meksyku!). Jade sobie autobusem. Duzym, klimatyzowanym, za 5 dolarow. To szalenie duzo jak na Ameryke Srodkowa jak za przejazd pare kilometrow. Ale nie wazne, no importa, jade z lotniska. Przybywam.
Powietrze jest maksymalnie wilgotne. Opuszczajac budynek lotniska uderza mnie fala goracego, parnego, tropikalnego, powietrza. Powietrze jest maksymalie wilgotne. Teraz sie tym jaram, ale wiem ze pewnie wkrotce bedzie mi to przeszkadzac (edit. z 3 dnia: nie przeszkadza:).
Powietrze jest przepelnione… hmm egzotycznym zapachem. Nowy rodzaj roslinnosci, morska bryza, duchota mieszaja sie w cos bardzo specyficznego. Co do roslinnosci… to jest istna maravilla! Juz z samolotu widzialam caly polwysep przykryty selvá (dzunglá) ale nie spodziewalam sie takiej eksplozji roslin! Drzewa sa literalnie wszedzie! Miasto doslownie wyrywa kazdy centymetr puszczy a ona konsekwentnie probuje odzyskac co jej. I wzyna sie w kazdy zakamarek.
Po drodze do Cancun – same hotele i loga znanych firm. Jestem troche rozczarowana tym widoiem ale wiedzialam, ze Cancun takie bedzie. W koncu jest to raj dla turystów.

Wychodze z autobusu na dworzec i znowu ten wybuch meksykanskiego powietrza. Siadam na stopniu, przygladam sie zyciu. Patrze na ludzi.  Jest tu bardzo ozywione, wszystko dzieje sie szybko i z werwa. Twarze sa pogodne, bardzo latwo tu o usmiech. Wystarczy krotki kontakt wzrokowy, zeby otrzymac piekny dar jakim jest usmiech.

Jestem totalnie wyczerpana, kierujac sie serdecznymi wskazowkami zmierzam do hostelu. Co chwile sie zatrzymuje bo cos mnie ciekawi albo ktos cos do mnie mowi 🙂 Za rogiem jest jakis targ, gdzie facet spiewa nosowym glosem w stylu disco polo o wolnosci i o tym zeby byc szczesliwym. Spoko 🙂

Przybywam do hostelu. Wita mnie mlody Argentynczyk, Franco. Jest bardzo mily pyta mnie jak podroz, na ile przyjechalam, i gdzie jade dalej. „Trzy miesiace, brachu” mowie z satysfakcja. Hostelik jest bardzo przyjemny i z basenem, ale okazuje sie, ze tu nie zostane, bo przyjechalo 37 futbolistow z Belize i mimo rezerwacji 2 miesiace przed, nie ma dla mnie miejsca 😉 Ach ten meksykanski nieogar… 😉 Na szczescie wlasciciel ma drugi hostel i tam sie kwateruje. Franco odprowadzil mnie cala droge.

_DSC0169.JPG

Tak w ogole, to powinnas sie opalic, mowi Franco, jestes biala jak snieg.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s